Osowiała

Anka siedziała przy stoliku. Już z daleka było widać, że nie wygląda na szczególnie uszczęśliwioną. Nie pojmował, dlaczego tak bardzo jej zależy na zwiedzaniu Izraela. Zaliczała zabytki, jeden po drugim, starając się nie opuścić żadnego wyjazdu, a przecież mogliby spędzać większość wolnego czasu na pobliskiej złotej plaży i kąpać się w błękitnym morzu jak inni przebywający tu turyści. Kłótnia wisiała w powietrzu.

— Jakiś matoł wziął mnie za multimilionera — rzucił pewnym siebie tonem, siadając naprzeciw niej. — Ktoś buszował w moim pokoju. Wróciłem z pływalni, a wszystkie rzeczy były porozrzucane. Rewizja, czy co?

Zrobiła wielkie oczy. Zaraz jednak doszła do siebie i na jej ładnej buzi pojawił się uśmiech niedowierzania. Odłożyła powoli sztućce. Zakładała rękawice bokserskie.

— Żartujesz? — drwiąco zachichotała. — Co ty? Nigdy w to nie uwierzę. A jeśli już — to raczej w to, że nie chciało ci się po sobie posprzątać — ze znawstwem zawyrokowała. — Jesteśmy w kraju, w którym nie ma miejsca na takie rzeczy... — pokręciła z powątpiewaniem głową. — Biedaku, od dawna wiedziałam, że masz zadatki na paranoika, ale nie sądziłam, że aż takie. Kiedy ty wydoroślejesz?

Był podekscytowany i spięty, więc szybko dał się wyprowadzić z równowagi.

— Nie żartuję, mówię serio — wściekł się, widząc, że nie daje wiary jego słowom. — To tobie poprzestawiało się pod dachem! — wyrzucił z siebie porywczo.

Zasyczała jak żmija. Takiej zniewagi nie mogła znieść. Nienawistnie pochyliła się nad stołem i rzekła konspiracyjnym tonem, szeroko otwierając oczy, tak że nieomal widział całe białka:

— Za nami, wyobraź sobie, palancie, też ktoś chodził jak cień — chyłkiem rozejrzała się po sali, jakby w obawie, że ktoś niepowołany może usłyszeć. — Za mną i za tym facetem z Nigerii!..

Próbował nad sobą zapanować.

— Kto?! — naiwnie zapytał, udając zaciekawionego.

Wytarła usta papierową serwetką. Przypominała teraz ponurą wampirzycę, która przy upiornym blasku księżyca musi pastwić się nad ofiarą.

— Jak to, kto?! — wycedziła ze złością. — Nie wiesz, wstrętny makaroniarzu? Królewna Śnieżka i krasnale. Jeden z nich miał strasznie długą brodę i trzymał w ręku ogromną spluwę. Jechała ta kompania za nami czarną wołgą z przyciemnionymi szybami. Potem te koszmarne krasnale podglądały nas zza drzew!..

Paweł próbował się przez moment postawić na miejscu matki, która czasem cierpliwie rozmawiała ze znerwicowanymi pacjentami. Z rozmysłem pokiwał głową, dając do zrozumienia, że z najwyższą powagą przyjmuje jej wyznania.

— Niesłychane — rzekł. — Więc ilu było tych krasnali? — dociekał z fałszywym zainteresowaniem, bezskutecznie usiłując doprowadzić barwny wywód Anki do absurdu. — I czy każdy z nich miał spluwę?!

Dziewczyna zabulgotała jak indor. Odsłoniła drobne białe zęby i było widać, jak rosną jej kły. Nie udało się mu jednak wywołać kolejnego starcia, zabrzmiał bowiem gong, kończący pierwszą rundę.

— Pardon?! — Paweł usłyszał za plecami wesoły głos Gastona. — Czy mogę wam towarzyszyć?! — Murzyn wysylabizował po polsku wyuczoną kwestię, niemiłosiernie kalecząc język. Każdego by rozśmieszył.

Chłopakowi nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na nieoczekiwaną przerwę w kłótni.

— S’il vous plaît! — wydukał.

W przeciwieństwie do Anki Afrykańczyk tryskał humorem, a ubrał się naprawdę stylowo. Miał na sobie nieskazitelnie biały garnitur, zapewne od bardzo drogiego krawca w Paryżu, i muszkę przy koszuli. Na przegubie dłoni błysnął złoty zegarek. Z gracją ukłonił się Ance, a potem Pawłowi i usiadł na wolnym miejscu.

— Poprosiłam naszego przyjaciela — wyjawiła półgębkiem dziewczyna — żeby jadał razem z nami. W przeciwieństwie do niektórych osób z mego otoczenia może być bowiem duszą każdego towarzystwa... — skwitowała kąśliwie słodkim jak miód głosem.

Gaston dosunął sobie krzesło. „Naszego przyjaciela, he, he!” Wystające kły już znikły i Anka przeobraziła w ułamku sekundy w przemiłego kociaka. Triumfowała i Paweł nie mógł tego nie dostrzec w jej oczach. W tej sytuacji nie pozostawało mu nic innego, jak odegrać rolę zadowolonego z nieopatrznie powstałego trójkąta. Odchrząknął, usadowił się wygodnie na krześle i jak przystało na kulturalnego Europejczyka wyraził swe zamiłowanie do biesiadowania. Do stołu należało zasiadać pospołu i długo od niego nie odchodzić. Zaraz jednak zmienił temat i pokrótce złożył Murzynowi relację z tego, co zastał w swoim numerze.

Tamten wysłuchał go z powagą, zmarkotniał, spochmurniał, a na jego czole pojawiły się zmarszczki.

— C’est possible — skinął na przechodzącego kelnera, biorąc od niego kartę dań. — Il faut bien fermer la chambre, monsieur Jaracz — wyjaśnił. — On peut perdre le passeport et l’argent...

— A zginęło ci coś? — Anka dłubała widelcem w talerzu, jakby licząc na to, że wygrzebie coś ciekawego z sałatki z ostryg. Wprawdzie pierwszą rundę wygrała, zapraszając Afrykańczyka do stołu, jednak w następnej mimo wszystko królował Paweł. Zaskoczył ją tym incydentem.

Spojrzał na nią karcąco — jakby to ona była winna całego zajścia i porozrzucała celowo jego rzeczy, wyłudzając wcześniej klucz z recepcji.

— Nie — odrzekł lodowatym tonem. — Z całą pewnością, nie — zrobił się nagle bardzo dorosły. — A skoro nie, to nie ma powodu — dzielnie skwitował — by zaprzątać tym sobie głowę i by wszczynać prywatne dochodzenie.


następny poprzedni