Omal

nie pijany ze szczęścia wparował się do wolnej windy i wcisnął przycisk czwartego piętra. Kiedy zamykały się drzwi, podskoczył, usiłując dosięgnąć krytego laminatem stropu. Już wiedział, po co przyleciał do Izraela. Dmuchnął mu wiatr w żagle i zachłystywał się nieoczekiwanym sukcesem. Roznosiło go. Dopiero co poznane przebojowe laski w mig podniosły go na duchu. Pełne entuzjazmu, piorunująco szybko wciągnęły go do kompanii. Równe takie, że mózg staje! A przy tym wpatrujące się w niego jak w tęczę. Rozpierała go duma. Uzmysłowił sobie, że czuje się jak młody bóg.

— Jesteś zabójczo przystojnym facetem — nieomal instruktażowo rzucił do swego odbicia w lustrze. — I wkrótce cały świat legnie u twoich stop. Tacy nie grają ról ponuraków i smutasów — dośpiewał sobie z determinacją. — Pamiętaj, nic z tych rzeczy, które wciska ci Anka...

Wysiadł z nieugiętym przeświadczeniem, że odtąd będzie już korzystać z życia i że nie podda się żadnym zwątpieniom. Trzeba było wiedzieć, na czym się stoi. Licho jednak nie spało. Piętro i numer się zgadzały. Znieruchomiał, nie pojmując, dlaczego drzwi są uchylone, bowiem pamiętał, że wychodząc zamknął je na klucz. To nie mieściło mu się w głowie. Z duszą na ramieniu zajrzał do środka.

Ktoś niespokojnie buszował w pokoju pod jego nieobecność. Z neseseru w pośpiechu wyrzucono na łóżko wszystkie drobiazgi, ścienną szafę pozostawiono szeroko otwartą, a kosmetyki w łazience zwalono na posadzkę. Paszport z orłem na okładce na szczęście był na swoim miejscu. Przeliczył dolary. Pieniędzy też nie brakowało. Bilety lotnicze trzymała u siebie Anka. Wyjrzał na korytarz, schodami udał się piętro wyżej i sprawdził, czy drzwi do jej pokoju są zamknięte. Poruszył gałką, pełniącą rolę klamki, ale zamek nie puścił. Powoli zawrócił.

— A to ci dopiero?! — wymamrotał struchlały. Takie rzeczy zdarzały się w filmach kryminalnych, a nie w prawdziwym życiu.

Lęk nadszedł jak zmora, zaatakował go znienacka, ogarniając i przenikając go całego i paraliżując w nim wolę działania. Coś złego się działo. Paweł nie miał wyboru i zaczął sprzątać. Zachowywał się jak automat. Układał swe osobiste rzeczy w neseserze, nie mógł jednak nie widzieć tego, że ręce drżą mu jak w febrze. Zajął się szafą, a potem łazienką. Ze zdumieniem oglądał mydło, które ktoś złośliwie przełamał na pół. Słyszał, że podobnie się popisywali radzieccy celnicy na granicy z Polską, ale stąd do Związku Radzieckiego było daleko. Miał zamiar wyrzucić je do kubła na śmiecie, ale zdecydował, że je pozostawi. Ułożył oba kawałki na brzegu umywalki. Lawendowe, dobre na mole. Był to ostatni ślad pobojowiska, które zastał w hotelowym pokoju. Z założonymi rękami znieruchomiał przed uchylonym oknem, wpatrując się w lazurowe niebo i usiłując pozbierać rozbiegane myśli. Jego umysł pracował na wysokich obrotach. Jakiś uspokajający go głos zasugerował mu szeptem, żeby przeszedł nad tym przykrym incydentem do porządku dziennego.

— A może ktoś się pomylił? — wysylabizował. — Może to chodziło o kogoś innego? — ściszył głos, jakby w obawie, że w pokoju założono podsłuch. — Pomyśl, Pawle! Pomyśl trzeźwo! Któż miałby robić tu rewizję? I po co? Przecież jesteś w porządku. I to pod każdym względem.

Wziął prysznic, wytarł się suchym ręcznikiem i odkrył, że ręce przestały mu drżeć. Wywnioskował, że padł ofiarą pomyłki. Gdyby w pokoju gościł prawdziwy złodziej, nie wyniósłby się bez pieniędzy i paszportu. Zagwizdał pod nosem jakąś melodię i rzucił się na łóżko. Próbował się odprężyć.

Zaprzątnęły jego uwagę nowe znajome, sympatyczne i śmiałe nastolatki, które nie miały oporów przed rozmową z obcym chłopakiem.

— Sami swoi, zero hamulców, Polak, Węgier, dwa bratanki... — półszepnął, dumając nad złożoną kwestią małżeństw między obcokrajowcami. Mimochodem wyobraził sobie, że stoi na ślubnym kobiercu w towarzystwie jednej z nich i że zakłada jej na palec złotą obrączkę.

Pochodziły z Budapesztu, metropolii nad Dunajem, a dokładnie z lewobrzeżnego Pesztu. Szczuplejsza miała na imię Manuela, a jej nieco tęższa koleżanka — Teresa. Mieszkały przy ulicy Kerepesi, będącej przedłużeniem ulicy Rakoczego, co pokazały mu na planie miasta. Usilnie zapraszały go do odwiedzenia dwumilionowej stolicy i do wyprawy nad Balaton. Jakoś sobie radziły z językiem angielskim, znały sporo polskich słów, zwłaszcza Manuela, wtrącały ponadto całe zdania po rosyjsku.

Przeleżał z godzinę na łóżku, potem zerknął na zegarek i pojął, że wkrótce powinien zejść na kolację. Wyszedł na hotelowy korytarz, rzucając spłoszone spojrzenia na obie strony. Manuela bardzo mu się spodobała i żałował, że nie mieszka w Warszawie i że nie jest Polką. Była bardzo szczera i prostolinijna. Mimowolnie zestawił ją z Gertrudą, by stwierdzić, że może nie tylko konkurować z nią pod względem urody, lecz również górować nad Niemką pod innymi względami. W windzie nie było nikogo. Nastolatki z Budapesztu miały pokoje na tym samym piętrze co Gaston i olśniła go myśl, że powinien złożyć im wizytę. Mógłby się w ten sposób odegrać na Ance, która w swej dziewczęcej strategii posuwała się zdecydowanie za daleko, zasłaniając się Murzynem i okazując mu jawne lekceważenie i wzgardę.

Usługujący w recepcji Żyd w jarmułce nieufnie zerknął na Pawła, lecz chłopak odniósł to raczej do niefortunnego incydentu znad basenu niż do tego, co zastał w pokoju. Panował nad sytuacją. Śmiejąc się w duchu, wyobraził sobie, że działa w motelu dobrze zorganizowana międzynarodowa szajka przestępców, on zaś gra rolę znakomitego agenta, Jamesa Bonda, który ma ją wytropić i zdekonspirować.


następny poprzedni