Akcja

powieści toczy się w rozświetlonym słońcem Izraelu, niewielkim ale znanym kraju, położonym na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Z racji oryginalnego usytuowania geograficznego i burzliwej historii mieszają się w nim jak w tyglu różne narodowości, rasy, religie i kultury, a przeszłość rzuca zaskakujące wyzwania współczesności. Dla chrześcijan to przede wszystkim Ziemia święta, dla wielu innych — znakomity cel wypraw turystycznych i pociągające nadmorskie ośrodki wypoczynkowe.

O czym są «Wakacje w Izraelu»? Podzielona na dziewięć rozdziałów powieść jest swoistą literacką nowenną do Ducha Świętego. Wyrasta z zachwytu nad nurtem charyzmatyczno-przebudzeniowym współczesnego chrześcijaństwa. Główny bohater znajduje odpowiedź na swoje niepokojące pytania w Jerozolimie — w wieczerniku, w którym otrzymuje dar modlitwy językami.

Jednak przede wszystkim jest to opowieść o nastolatkach, o świecie ich doznań i przeżyć. Dwójka młodziutkich przyjaciół z Polski, Paweł i Anka, udaje się do Izraela na kilkanaście dni — w celach turystycznych i pielgrzymkowych. Ów egzotyczny kraj przerasta ich oczekiwania, a zderzenie z nim okazuje się prawdziwym wstrząsem — szczególnie dla Pawła. Akcję tej powieści autor umieścił w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, a dokładnie — w lipcu 1978 roku. Był to rok przełomowy. W sierpniu zmarł papież Paweł VI, zaś w październiku kolejnym następcą św. Piotra został Polak, kard. Karol Wojtyła.

Fascynacja Izraelem nie wiąże się z narodowością autora, ten jest bowiem w trzech czwartych Polakiem, a w jednej czwartej Austriakiem, ale z jego studiami uniwersyteckimi. Pisarz jest absolwentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Odkrycie owego wyjątkowego kraju zawdzięcza teologii, a szczególnie naukom biblijnym. Przy pisaniu tej powieści inspiracją dla niego był ponadto nakręcony przez Andrzeja Wajdę film «Pilatus und Andere» [«Piłat i inni»], oparty na motywach «Mistrza i Małgorzaty» Michaiła Bułhakowa.

Autokar

przyhamował i ciężko sapnęły pneumatyczne drzwi. Rozespanemu Pawłowi nie chciało się wysiadać. Przecisnęli się obok niego turyści z zachodnich Niemiec i owiał go podniecający zapach perfum Gertrudy, za którą ciągnął niby cień dobrze umięśniony chłopak, przypominający gladiatora. Na krótką chwilę skupił uwagę na jej opalonych ramionach i niepokojąco rysujących się pod obcisłą spódniczką kształtnych biodrach i pośladkach. Co tu dużo mówić: ta laska była seksy. Ale nie dla niego. Potem z powrotem opadła mu głowa. Omal nie przyrósł do miękkiego wygodnego fotela i w nim nie zatonął, kryjąc twarz za zasłonką w kwiaty. Stająca na palcach Anka niespokojnie stuknęła kluczem w panoramiczną szybę. Zamiast na dziewczynę spojrzał niewidzącym wzrokiem na znaczącą się na skraju parkingu samotną sykomorę, a potem na przygasłe okoliczne wzgórza.

— Idziemy — niecierpliwie zawołała. — Rusz się, ofermo, na co czekasz?! — Miała na sobie białe szorty i obiecująco podkreślającą jej urodę obcisłą bawełnianą bluzeczkę w kolorowe pasy. Równo przycięte utlenione włosy przewiązała czerwoną wstążką. Burleskowy kapelusik z rzędu tych, które nadawały się na wszelkie okazje, trzymała w ręce. — No, nie udawaj, debilu, że śpisz! — dorzuciła ponaglająco. Pozwalała sobie na takie odzywki, bowiem doskonale wiedziała, że nikt w tym mieszanym towarzystwie poza nią i jej chłopcem nie zna polskiego. Mogła sobie używać do woli.

Przy kierowcy stała nie umiejąca ukryć odrobiny sklerozy staruszka z czeskiej Pragi. Ta zawdzięczała swą popularność manierom sprzed przeszło półwiecza. Wieczorami do letniej sukienki zarzucała na ramiona srebrnego lisa. Zapewne tłumaczyła wychudłemu Arabowi, który pełnił również rolę ich przewodnika, znawcy zabytków Palestyny, że za szybko prowadzi autokar z turystami. He, he!.. Sama była ponoć zapaloną miłośniczką jazdy na rowerze. Paweł przeciągnął się, rad, że nikt na niego nie patrzy. Zaraz jednak poczuł dziwne ssanie w żołądku. Nigdy wcześniej nie cierpiał na chorobę morską, więc nie pojmował, skąd się biorą te sensacje. „Stan zapalny w układzie pokarmowym? Hę? W tropikach to możliwe!” Mignął mu przed oczyma biały lekarski fartuch matki. Kolana pod nim się ugięły i prawie pijany wysiadł z autokaru. Głęboko odetchnął, raz i drugi, opierając się o rozgrzaną słońcem karoserię, żeby nie stracić równowagi. Zamknęły się z sykiem pneumatyczne drzwi. Sapnęły jakby mu współczując — i one bowiem musiały znosić nienaturalnie wysoką temperaturę.

Anka ironicznie się uśmiechnęła, widząc jego pobladłą twarz. Mimo spiekoty nie traciła rezonu.

— Kończysz się, połamańcu — palnęła zaczepnie. Potem ujęła chłopaka pod ramię i zdecydowanie pchnęła go przed siebie. — Lecz nim wykorkujesz, musisz jeszcze tam dojść — wskazała budowlę, mieszczącą się na najbliższym wzgórzu i pamiętającą odległe czasy podbojów arabskich. — W tamtych murach jest chłodniej niż tu...

Przymrużył oczy i z niesmakiem zerknął pod górę. Utwardzona ścieżka pięła się łagodnymi zakolami.

— To prawie pół kilometra — nieudolnie próbował się bronić.

Parsknęła śmiechem.

— Też mi turysta, wisi na ścianie i płacze — obrzuciła krytycznym wzrokiem jego szczupłą i wysportowaną sylwetkę. — Bez plecaka mógłbyś właściwie pognać na skróty. A cóż to dla ciebie? Raz, dwa, trzy...

— Nie mam na to najmniejszej ochoty — miauknął żałośnie. Nie był na zalesionych zboczach Beskidu Sądeckiego, gdzie czuł się prawie jak u siebie w domu. — Sama sobie skróć drogę, cwaniaro!

Wycelował w dziewczynę palcem i ta mimowolnie odskoczyła do tyłu. Znowu zachichotała. Od pewnego czasu wprost przepadała za złośliwościami.

— Niestety, wolę pójść z nimi — wskazała głową grupę, która ruszyła już z miejsca. — Przynajmniej są zdyscyplinowani. Nie tak, jak ty, baranie.

Doszlusowała do chudego Araba, który rzucił kilka zdań po angielsku. Paweł poszedł w jej ślady, rychło jednak znalazł się z tyłu. Wlókł się na ostatku, zadowolony z tego, że nikt się nie zatrzymuje i nie odwraca, by uciąć sobie pogawędkę z maruderem. Nie musiał więc kabotyńsko się uśmiechać i silić na uprzejmości. Kiedy dotarł do murów budowli, inni byli już w środku. Nie chciało mu się tam wchodzić. Znalazł cichą wnękę i skryty przed słońcem przysiadł na schodach, które kończyły się przed zamurowanym przejściem. Wyglądało ono jak wrota do zapomnianego skarbca, strzegącego zazdrośnie pradawnych tajemnic. Przymknął powieki i oczyma wyobraźni ujrzał coca-colę w pojemniku z lodem. Uśmiechnął się do niej jak osesek do butelki z mlekiem. Zapadał w odrętwienie. (...)


następny